Rozdział 5:Hiding feelings or pretend it is not possible ... but real ...
29 listopada 2012
*Harry*
Jest już 13:00 a Lou'ego nadal tu nie ma! Myślałem że może coś się stało albo nie może przyjechać ale Gemm mnie uspokajała.Ale godziny mijają,mijają i mijają...jest już 17:00!Musze do niego zadzwonić!jeden drugi trzeci sygnał.Odebrał.
-Lou?!Hallo gdzie jesteś?
-Harry przepraszam że mnie nie było i że nie dzwoniłem ale nie dałem rady...-powiedział po chwili.
-Ale jak to?!Gdzie jesteś?-zapytałem zdziwiony.
-W NY-powiedział.Zamurowało mnie.
-Jak to?Lou co ty tam robisz?!!!-krzyknołem wręcz to telefonu.Usłyszałem nagle głośną pokazową muzykę i kobiece śmiechy-Boo co się dzieje?
-Hazz zadzwonię później-powiedział i się rozłączył.Nie wiedziałem co powiedzieć.Louis jest w USA zapewne na jakimś pokazie...zaraz zaraz na jakim pokazie?!Muzyka pokazowa i te śmiechy...<lol> pewnie jest z El...i znowu się zdołowałem...
-Harry kolacja!-usłyszałem wołanie z dołu domu.To mama.Woła mnie na kolacje.Włożyłem telefon do kieszeni i zeszedłem na dół.
-Hey i co z Louisem?-na wejściu zapytała mnie Gemma.
-Nie przyjedzie...
-Czemu?-zapytała zdziwiona mama.
-No bo...yh...jest w NY-odpowiedziałem.
-Co?Jak to?!-zapytała zdziwiona Gemma.
-Nie wiem,powiedział że zadzwoni do mnie później...-powiedziałem i usiadłem do stołu.Zjadłem to co mi mama podała.Nie zwracałem uwagi na to co to było....byłem totalnie rozbity.Myślałem że się za chwilę popłaczę.A do tego zadzwonił telefon:
-Hallo?-powiedziałem do telefonu.
-Cześć Harry mósimy się spodkać!-to była ona.Taylor.Mam się z nią spotkać.Teraz?O nie!
-Teraz nie mogę...
-Ale Harry twoji menagent...?!-miała racje!Mósiałem iść.
-Gdzie i kiedy?
-Za 3 godziny w tej restauracji nie daleko mojego hotelu,idziemy na kolecje a potem idziesz do mnie że niby spędziliśmy razem noc""...-czyli stardand...
-Mam lecieć do cb?
-No inaczej się nie da?-powiedziała.
-Ok to o 20:00?
-No-powiedziała i się rozłączyła.Przynajmniej będę bliżej Lou.Tey jest teraz w NY więc może uda mi się ustalić gdzie jest Louis.
*3 godziny póżniej,NY,USA*
Jestem już pod restauracją i czekam na Taylor.Jeszcze jej nie ma.W pewnej chwili zadzwonił Boo:
-No wreście!
-Harry,przepraszam El miała casting i musiałem tam jeszać...
-Nie gniewam się...
-Ok wiesz ja jestem już w UK i zmierzam w kierunku HC...-chciał coś jeszcze powiedzieć ale mu przerwałem.
-Lou ale teraz to ja jestem w NY muszę iść na "randkę" z Tey i "spędzić z nią noc"-powiedziałem na jednym wdechu.
-Co?!
-Będę rano-powiedziałem i się rozłączyłem.Stałem jeszcze 5 min. aż przyszła Tay.Weszliśmy do budynku.
*Louis*
Super...po prostu super!Ja wracam i się dowiaduje że Hazz jest w NY...dopiero tam byłem!!!!!!!No nic pojade do niego jutro..a teraz...czas do domu...
*Lottie*
Jest chyba po 11:00pm.Ktoś dzwoni do drzwi.Rozdziców nie ma a reszta już dawno sobie smacznie śpi.Zwlekłam się z łóżka i poszłam zobaczyć kto to.Otworzyłam drzwi zdziwiona.To był Louis:
-Nie u Harrego?-zapytałam ospale.
-Harry jest w NY...-powiedział.Wszedł do środka i zaczoł się rozbierać.
-Ale jak to?
-Normalnie...pojechał na "randkę" z Tay...-wytłumaczył mi.
-Czyli będzie jutro?
-Tak-powiedział i poszedł do kuchni.Był smutny i przybity.Coś go gryzie i nie chce mi powiedzieć.Czy on nie wie że przedemną nic nie ukryje ?
-Mów.
-Ale co?
-Co jest?
-Nic.
-Louis.
-Ale serio nic!
-Mów po prostu a nie szukasz jakiś wymówek!-powiedziałam.On nabrał powietrza do płuc i ze świstem wypuścił.
-Nie daje już rady-powiedział.Tak po prostu.
-Dasz radę!
-Nie.
-Dawałeś przez te 2 lata to i teraz!
-Nie.
-Brat słuchaj nie możesz tak myśleć jeszcze trochę ponad roku i...
-...koniec-dokończył za mnie.Tak miał racje w grudniu przyszłego roku ma zerwać z El...nie żybym jej nielubiła ale chce żeby mój brat był szczęśliwy.Nawet z Hazzym.Tak.Tak go nazywam.Hazzy.Tak jak Fizzi.To ja wymyśliłam jej to przezwisko.Louis zjadł coś i zaczął wychodzić z kuchni:
-Lott-zwrócił się do mnie.
-Tak?
-Dziękuje-powiedział.Ale za co?!
-Ale za co?
-Za to że mi pomagasz...gdyby nie ty już dawno bym nie wytrzymał...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz